AUTOR

CARNIVIA: BLUŹNIERSTWO jest mocno osadzona w rzeczywistości. Ile czasu zajęło Panu zebranie wszystkich potrzebnych wiadomości i czy robił to pan przed, czy w trakcie pracy nad książką?

Zacząłem planować całą trylogię na rok przed tym, jak zabrałem się do pisania. Na początku miałem bardzo ogólny plan: chciałem opowiedzieć historię sięgającą korzeniami do spisków Zimnej Wojny, które do dziś gnębią Włochy. Szczególnie zainspirowała mnie afera „Gladio”, ujawniona w latach dziewięćdziesiątych przez Felice Cassona, zdeterminowanego urzędnika weneckiego magistratu. Odkrył on, że NATO zbroi i szkoli we Włoszech terrorystów w nadziei, że w razie przejęcia władzy w kraju przez komunistów staną na czele zbrojnego ruchu oporu. Wkrótce potem Gladiatorzy – tak ich nazywano – zaczęli aktywnie wpływać na polityczne życie Italii, między innymi dokonując zamachów bombowych, których autorstwo przypisywano następnie Czerwonym Brygadom.

Dlaczego akcję powieści umiejscowił Pan właśnie w Wenecji?

Pomysł na książkę pojawił się właśnie podczas podróży do Wenecji. Tak się złożyło, że właśnie zrezygnowałem z pracy nad inną powieścią, ponieważ uznałem, że skoro mnie ona znudziła, to tym bardziej znudzi też czytelników. W kawiarni na lotnisku nawiązałem rozmowę z amerykańskim żołnierzem, który leciał do bazy Vicenza w pobliżu Wenecji. Dowiedziałem się, że tylko w rejonie tego miasta przebywa około pięciu tysięcy amerykańskich żołnierzy z rodzinami. Uświadomiłem sobie wówczas, że Wenecja jest położona niemal dokładnie na jedynej w swoim rodzaju granicy między Wschodem i Zachodem; obecnie jest to równie ważne jak podczas Zimnej Wojny, a nawet podczas wojen krzyżowych. Bezzałogowe drony startujące z bazi Aviano na północ od miasta docierają nawet do Afganistanu i nad północną Afrykę.

Kat I Holly to silne, niezależne kobiety, które – mimo paru słabości – doskonale sobie radzą w brutalnym świecie. Czy inspirował się pan kimś, tworząc te postaci?

Wydaje mi się, że obecnie kobiety są znacznie ciekawszym tematem niż mężczyźni, ponieważ muszą walczyć o akceptację, a społeczeństwo ma wobec nich konkretne oczekiwania. Zainteresował mnie także pomysł stworzenia kobiecej postaci, która – jak James Bond – lubi seks, ale – w przeciwieństwie do niego – musi się z tego tłumaczyć. Mając do dyspozycji dwie bohaterki, mogłem obdarzyć je bardzo różnymi cechami.

Czy kiedykolwiek spotkał Pan kobietę-księdza katolickiego, albo taką, która chciałaby nim zostać? W Anglii działają wspólnoty religijne dopuszczające kapłaństwo księży. Czy sądzi Pan, że może mieć to jakiś wpływ na resztę Europy?

Nie, nigdy nie spotkałem kobiety-księdza. Szczerze mówiąc, sam się zdziwiłem, kiedy podczas zbierania materiałów do książki natrafiłem na informacje o garstce kobiet, które postąpiły wbrew Watykanowi i zostały wyświęcone przez sprzyjających im biskupów. W Anglii od dość dawna mamy kobiety-kapłanów – wiele z nich naprawdę jest wspaniałych – ale nie mamy kobiet-biskupów. Nie mam pojęcia, dlaczego!

Dość późno zadebiutował Pan jako pisarz. Czy od dawna nosił się Pan z zamiarem rozpoczęcia kariery literackiej?

Tak, od bardzo dawna. Początkowo próbowałem pisać książki „z górnej półki”, ale nie ukrywam, że zawsze lubiłem czytać thrillery, a tylko nieliczne naprawdę mi się podobają. Pomyślałem więc sobie, że usiądę i napiszę taki thriller, jaki sam z przyjemnością bym przeczytał: z bohaterami, którzy są równie ważni jak intryga i z intrygą, która trzyma w napięciu od początku do końca. Nie ukrywam, że inspirowałem się trylogią Millenium Stiega Larssona.

Jakie ma Pan plany na przyszłość?

„Carnivia” od początku była planowana jako trylogia, co oznacza, że wątki, a także relacje między bohaterami, znajdą finał w części trzeciej – mam nadzieję! Właśnie skończyłem pracę nad częścią drugą. A co potem? Jeszcze nie wiem. Z pewnością będzie to zależało również od tego, z jakim przyjęciem spotka się „Carnivia”…